|
|
środa, 12 maja 2010
koniec.....
Długo mnie nie było... Właściwie nie widzę już sensu by prowadzić dalej bloga... Spełniło się moje marzenie, mam syna, który wypełnia niemal wszystkie moje myśli. Wszystko właściwie toczy się w oparciu o dziecko, o nas, o naszą przyszłość. Dojrzewam do decyzji o drugim dziecku... Zaczynam z mężem spełniać inne marzenie... Jestem dobrej myśli, nawet jeśli nie wszystko ułoży się tak, jakbym chciała, będę miała świadomość, że próbowałam... Pisanie na blogu, nawet jeśli nie komentowane, nie czytane, dało mi wytchnienie, dało siłę oraz potrzebę "wygadania się", wypłakania, a przede wszystkim dało mi możliwość poznania kilka osób. Mój blog jest "otwarty", z tego powodu nigdy nie pochwaliłam się moim synem. Musicie uwierzyć mi na słowo, że jest wyjątkowy, a teraz, kiedy wypadł mu ząbek, jego uśmiech wywołuje u mnie falę wszechogarniającej miłości i wzruszenia... Mój blog jest "otwarty", z tego powodu nie widzę sensu by dalej pisać. Za dużo bym chciała, ale z oczywistych powodów nie piszę... Ale uwierzcie, mam wspaniałego syna, który daje mi prawdziwą i wielką radość z życia... Czuję się kobietą spełnioną, zakochaną i szczęśliwą... Czyż można chcieć więcej...?
poniedziałek, 29 marca 2010
pomóc?
Odkąd zamieszkałam w mieście częściej spotykam ludzi bezdomnych, którzy z wózkiem i całym swym dobytkiem chyba, przeszukują śmietniki, chodzą po mieszkaniach prosząc o jedzenie, choć zazwyczaj chcą pieniędzy. Mam mieszane uczucia, wiem, że trzeba pomagać, jak trudno jest mi jednak odróżnić tych naprawdę potrzebujących od tych, którzy otrzymane pieniądze przeznaczą na alkohol. Kiedyś zapukała do drzwi kobieta, prosiła o jedzenie dla dzieci. Pamiętam, że zapakowałam jej makaron oraz zrobiłam na szybko stos kanapek. Podziękowała. Po jakimś czasie też chodziła po bloku, zanim jednak otworzyłam drzwi, jej już nie było. Już nie przychodzi. Tej kobiecie uwierzyłam, do dzisiaj żałuję, że jej nie zawołałam, gdy tak szybko umknęła. Bo jeśli naprawdę w domu czekają na nią dzieci... Od jakiegoś czasu widzę na osiedlu kobietę. Pierwszy raz zobaczyłam ją w sklepie. Stała przede mną odwrócona plecami i pamiętam, ze nie mogłam po głosie rozróżnić czy jest kobietą czy mężczyzną. Miała kożuch na sobie, który mógłby mieć równie dobrze założony facet. Kupowała denaturat. Gdy spojrzałam na jej dłonie, kiedy odliczała grosiki (dosłownie!), pomyślałam, że są bardzo zniszczone i brudne. Ale potem jak odwróciła się w moją stronę, przeszedł mnie dreszcz obrzydzenia. Aż wstyd mi pisać, że mogę tak kogoś opisać, ale nigdy w życiu nie widziałam twarzy koloru fioletowego. Dokładnie jak ten denaturat, który kupowała. Spotkałam ją potem na chodniku, zaciągała się papierosem. Spojrzała na mnie i anielskim głosem zaczęła tłumaczyć, że jest bezdomna i nie ma na jedzenie. Zaraz potem tłumaczyła, że papieros w ręku od kogoś wyprosiła. Chciałam jej powiedzieć, że mogła poprosić o bułkę, skoro taka głodna. Nie powiedziałam jej jednak nic, bo wiem, że zadaje się z podobnymi z naszego osiedla i zwyczajanie się bałam. Jest jeszcze inny facet. Z widzenia znam go najdłużej. Zawsze widzę go pijanego. Zawsze wchodzi do sklepu i kupuje jakiś alkohol. Zawsze odlicza grosiki. Zawsze śmierdzi wódką pomieszaną z jakimś innym smrodem. Często go mijam, czy to w sklepie czy pod sklepem. Zaczepił mnie jednak wtedy, kiedy szłam z synkiem. Poprosił o pieniądze na jedzenie. Odmówiłam i poszliśmy dalej. Nagle mój syn, niemal krzyknął: mamo, ja mam w skarbonce złotówkę, możemy temu panu dać na jedzenie. Smutno bardzo mi się zrobiło, bo pamiętam jak ja kiedyś będąc dzieckiem przeżyłam szok, kiedy zrozumiałam, że nie każdy człowiek jest uczciwy, że moja szczera chęć pomocy, to zwyczajne igranie ze mnie i mojej naiwności. Żal mi ludzi bezdomnych, chciałabym często choć trochę pomóc kupując zwyczajnie chleb, jakąś wędlinę, cokolwiek, ale tak często spotkałam się z oczustwem, że odmawiam. I jeśli w danym momencie jest ze mną moje dziecko, widzę w jego oczach zarówno niedowierzanie, że nie pomogłam (a przecież często mu tłumaczę, że trzeba pomagać) oraz totalne zdziwienie. Zdziwienie, które mówi "nie rozumiem". Co z tego, że mu tłumaczę, jeśli ja często nie rozróżniam prawdziwego nieszczęścia...
sobota, 20 marca 2010
moje szczęście...
Czasami daje nam tak w kość, że nie daję rady. Czuję się złą matką, złym człowiekiem. A jego marudzenie działa na mnie niczym płachta na byka. Kiedy wszystko jest na nie, kiedy wymuszony płacz, zmieniający się w ryk i krzyk zdarza się codziennie, nie wyrabiam. Płaczę w poduszkę, zamykam się w sobie, nie chce mi się z nikim gadać. Zastanawiam się co robię nie tak, gdzie popełniam błędy... Ostatnie dwa, trzy tygodnie były znowu ciężkie. Kurcze, minął ponad rok od adopcji, a ja mam ciągle doszukiwać się powodów jego zachowania w kontekście psychologicznym? Z zajęć w ośrodku adopcyjnym, z fachowej literatury i od psycholog wiem, że jeśli Młody pokazuje swoje Ja, kiedy ma swoje zdanie, kiedy "rozrabia", to powód do radości. Bo to wszystko oznacza, że jest sobą, że czuje się swobodnie, że znalazł swoje miejsce. Więc jeśli rozrabia i marudzi, to dobrze. I ja się z tej strony cieszę, ale jeśli jego złośliwość jest cechą charakteru, to niekoniecznie :-) Ale... Ale kiedy tak jak dzisiaj, wita mnie z uśmiechem na ustach, wita mnie potokiem słów, kiedy wyciąga rączki do mnie, kiedy siada przy mnie i przytula główkę do mojej piersi, wszystkie smutki mijają. I kiedy siedzę przy nim gdy zasypia i słyszę cichy szept "kocham cię mamo", kiedy patrzę potem gdy śpi ze słodko otwartą buźkę, jestem najszęśliwszą mamą na świecie. I nigdy, NIGDY nie pojmę, jak Ktoś mógł świadomie odrzucić to szczęście...
czwartek, 11 marca 2010
Dzień Kobiet
Dzień Kobiet spędziłam w domu (angina). Mąż odbierał synka z przedszkola. Do domu wrócili z bukietami tulipanów. A już w progu synek na jednym wydechu wyrecytował: "zdrowia szczęścia pomyślności i niepołamania kości mamusi czy ja mogę wziąć sobie dwa kwiatki do swojego pokoju jednego zółtego drugiego czerwonego a pani mówiła że dopiero jutro one urosną (znaczy się rozkwitną) i dopiero jutro one będą piękne mamusiu mogę?" No może. A potem grałam z nim w chińczyka i pierwszy raz, PIERWSZY RAZ mogłam pierwsza rzucać kostką "bo dzisiaj jest twoje święto, więc możesz moja ty kobieto zaczynać". I ten rozbrajający uśmiech dla mnie. I do końca dnia, jako, że było to moje święto miałam same przywileje. I niech mi ktoś powie, że Dzień Kobiet to niefajne święto :-)
wtorek, 09 marca 2010
...
Kilka dni temu naładowana jakoś byłam dziwnymi myślami, poglądami, wściekłością na ludzi, na życie. Zaczęło się od błędów ortograficznych w internecie i nie tylko. No ja wiem, że ja tam żadną polonistką nie jestem, byki robię, ale nie w co drugim zdaniu (i zaraz pewnie bury otrzymam, hihi). Dobra, unosić się już nie będę (a miałam przygotowaną wcześniej długaśną notkę o tej ortografii i ludziach szumnie podpisujących się wszędzie gdzie to możliwe "magister", a robiącym błąd w każdym zdaniu). Ciarki mi jeszcze przeszły, kiedy usłyszałam zdanie pewnej koleżanki: "zamkłam okno", a która stara się swym wyglądem oraz obyciem, swoim zdaniem na własny temat, być kimś na miano "kobiety z klasą". Potem była rozmowa z ową koleżanką (mniej więcej w moim wieku). Już kiedyś próbowałam namówić ja na badania. Próbowałam jakoś delikatnie, że to ważne, że dzięki temu inna nasza wspólna znajoma, żyje, bo w porę zauważyła, że jest coś nie tak. Kilka dni temu ten temat powrócił. Mówię zatem do koleżanki, że ma iść na badania. (Ona nawet nigdy nie była u ginekologa!!!). Dam jej namiary na fajną babkę. A ona mi na to: "na coś przecież muszę umrzeć". To jej powiedziałam, żeby nigdy więcej nie zwracała uwagi na swoją teściową, że pali papierosy, bo może ona właśnie chce na raka płuc umrzeć! Dziwnie na mnie spojrzała. Oj głupia jestem, zbawić świat chcę. Ale ta koleżanka jest w moim wieku! Czasami mi mówiła, że ma jakieś bóle, ma problemy zdrowotne z tym czy tamtym. To niech ma! Wyskoczy czasami z taką lub podobną informacją, że szczena mi opada. Zawsze ją potem pytam "a skąd wiesz", a ona mi zawsze "od mamy". Jej mama też się nie bada. Ehhh... A synuś mój kochany, to niegrzeczny jest. Ostatnio przechodzi samego siebie. Ale, ale! Byłam w zeszłym tygodniu na zebraniu w przedszkolu. Normalnie mam idealne dziecko! Podeszłam bowiem osobiście do pani nauczycielki i spytałam, jak tam sobie radzi mój urwis. Jak? Jest bardzo pogodny, bystry, nauczył się czytać, choć panie nie mogą uczyć dzieci czytać w przedszkolu (taka reforma, że czytania dzieci uczą się w szkole), a panie pokazywały tylko literki, pani bawiły się z dziećmi w sylabowanie wyrazów, a mój syn, dzięki temu czyta. Ciągle chce być dyżurnym, ciagle chce sprzątać (OOO!!!), lubi bawić sie z dziećmi, pięknie koloruje, rysuje, zrobił ogólnie OGROMNE postępy. We wszystkim. Jedyny minus to taki, że lubi rządzić. A to, to wiem :-) Kurcze, to co ja robię źle w domu, że sprzątać, to on nie chce w ogóle???
|